Uroczystość ku pamięci pomordowanych w Rudce: nowe relacje wydarzeń!

29 kwietnia w niedzielne popołudnie odbyła się z należytą oprawą i celebrą uroczystość ku pamięci pomordowanych mieszkańców nieistniejącej już wsi Rudka przez bandy UPA. W artykule:

  • Relacja świadka z Nowego Brusna,
  • Relacja świadka z Nowego Sioła,
  • Przebieg Uroczystości,
  • Pamiątkowa pocztówka z uroczystości.

19 kwietnia 1944 roku, tuż po świętach Wielkanocnych, o świcie w okolicy kościoła w Nowym Bruśnie już widać było obcych Ukraińców, ludzie się pochowali do kościoła. Mieszkający nieopodal Herda na chwilę wyszedł z kościoła i złapali go, zaczęli wypytywać, gdzie tu się zaczyna Rudka, odpowiedział, że od kościoła. Nakazali mu nanieść słomy do plebanii i zabudowań gospodarczych, potem go zastrzelili a zabudowania spłonęły. Tymczasem jeden z mieszkańców Rudki poszedł o świcie na polowanie, chciał ustrzelić sarnę w okolicy Lasu Karpina, niestety natknął się na zainstalowaną placówkę ukraińską, która była jednym z punktów okrążających właśnie wieś, zadusili go, by się nie ujawniać. Wtedy to duża ilość uzbrojonych ludzi z okolicznych wsi, gdzie byli zwerbowani do świeżo formowanej sotni UPA, szczelnym pierścieniem otoczyła wieś już w nocy. Każda drużyna miała swój odcinek i zabezpieczyli go. Dowódcą sotni, która przeprowadziła napaść na Rudkę był Iwan Szpontak „Zalizniak”, który sam nie brał udziału w akcji – był pomiędzy Chotylubiem a Rudką na potoku i zajmował się koordynacją działań. W okolicy 7 rano od Chotylubia do Rudki zbliżała się kolumna na furmankach, widział ją jeden z bruśnieńskich partyzantów, był przekonany, że to Niemcy, bo byli ubrani w niemieckie mundury, po latach wspominał, że gdyby wiedział, że to UPA, to otworzyłby ogień i ich wszystkich wyciął, bo miał akurat maszynowy karabin przy sobie. Kolumna wjechała do wsi, na Wolę do sołtysa, udawali patrol niemiecki, ale mieszkańcy się zorientowali, że to nie Niemcy, tylko Ukraińcy z UPA (mundury niemieckie mieli dlatego, że trzon sotni Zalizniaka kilka miesięcy wcześniej zbiegł z Rawy Ruskiej ze służby w niemieckiej policji, byli uzbrojeni i umundurowani w niemiecki sort). Warto tu wspomnieć, że w Rudce mieszkał jeden Ukrainiec – Stefaniszyn, był kowalem. Wcześniej często przychodzili do niego Ukraińcy z Oseredka (nieistniejący przysiółek Chotylubia sąsiadujący z Rudką) i politykowali. Robili przy okazji zwiad, sam Stefaniszyn był donosicielem, głównie zajmowała się przekazywaniem informacji jego żona, pochodząca ze Starej Huty (przysiółek Ruskie Złomy). Gdy maskarada się nie udała, wystrzelono rakietę sygnalizacyjną i przystąpiono do akcji mającej na celu całkowite zniszczenie wsi, zaczęto podpalać domy i wysadzać granatami. Zginęło wtedy sporo ludzi, którzy myśleli, że uda im się gdzieś ukryć w domu. Jednocześnie Ukraińcy skupili się szczególnie na wyłapywaniu i zabijaniu mężczyzn, niektórzy z nich uratowali się, będąc przebranymi za kobiety. Rudczanie mieli ukryty CKM w lesie, jego obsługa szybko udała się na miejsce, ale trafili na placówkę UPA i zginęli. Gdy pacyfikacja wsi się skończyła i zostały tylko zgliszcza, Ukraińcy mówili do Polaków, by uciekali za San, bo to teraz ich ziemia. Jednocześnie mieszkańcy okolicznych wsi żerując na nieszczęściu szabrowali co tylko mogli, kradli nawet ule z pszczołami. Szybko też przybyli mieszkańcy Nowego Brusna, którzy mieli w Rudce swoje rodziny, próbowali ratować dobytek, ale niewiele można było zrobić. Ocaleni próbowali zbierać ciała i zawieźli je na cmentarz, ale nie dokończyli grzebania, bo w oddali od strony Młodowców pod Łówczą usłyszeli starzały z karabinów i bali się, że UPA wraca, dlatego uciekli. Gdy się trochę uspokoiło, rodziny pochowały swoich zmarłych, reszta spoczęła w zbiorowej mogile na cmentarzu w Nowym Bruśnie. Jak wspominał na uroczystości Pan Franciszek Ważny, modlitwy przy tej mogile na cmentarzu zmotywowały go do tego, by na zgliszczach Rudki powstał pomnik ku pamięci pomordowanych, zginęło wtedy 65 rudczan. Dziś stajemy przed kolejnym wyzwaniem. Krzyż na zbiorowej mogile rudczan się sypie… czas rozpocząć działania mające na celu jego naprawę.

Udało się zdobyć też ciekawą relację żyjącej jeszcze rudczanki (szczegółowe informacje u autora artykułu), warto przeczytać:

„My mieszkali przy pastwisku (rodzina Mazurkiewicz), niedaleko Wójciaka i kapliczki, sąsiad Pomagiel i Buczkowski (cudem się uratował, bo dzień wcześniej wyjechał do teściów na Złomy, pomagać w polu i nie wrócił na noc). Rano mama mówi do tata, popatrz ty się tam jakieś chłopy polecieli, a oni te Ukraińce jak nas okrążali się tak schylili i tak lecieli.  Tata powiedział, że pójdzie do brata i powie, że może to nas Ukraińce okrążają i napadają. Poszedł i oni akurat byli koło Wójciaka, na furmankach przyjechali, byli w niemieckich mundurach, pytają się po niemiecku tata, gdzie ty idziesz, a on że do brata powiedzieć mu, że tam Ukraińce są i nas okrążają. Odpowiedzieli, żeby poszedł do domu spać my ich tam znajdziemy. Tato przyszedł do domu i powiedział o tym, mówiąc, że to chyba już będzie po naszym życiu. Do szwagra mówi, ty Władek idź schowaj się na strych, a ja już stary jestem, mnie może nie zabiją. Poszedł do stodoły i tam się schował. Oni poszli do sołtysa i powiedzieli, by broń znieśli, bo jak nie, to będziemy palić. Powiedzieli, że broni nie mają. Za chwile widzą, jak wokół wszędzie się pali. My poszli w taki rów z tamtej wojny jeszcze, na cztery, tam był potok, taki szeroki. My tam siedli w takich dołkach a wokół wszystko się paliło. Przyszedł z karabinem Ukrainiec i mnie na oczach siedem chłopów zabił. Mama była w drugim miejscu. Siedział obok szwagier, miał na piersiach siostrę Franię, ktoś mu na twarz jakiś łach zarzucił, to go nie zobaczył, to nie zabił. Tato siedział w drugiej jamie, brat mu na nogach siedział. Jak przyszedł do nas Ukrainiec, to do brata „ty mały wyłazy”. I strzelił tatowi prosto w pierś. Ja sobie tak chustką zakryła oczy, żeby się nie patrzeć jak będzie we mnie strzelał… Potem my wyszli, wszystko się nam spaliło, ale dom się ostał, jeden Ukrainiec wziął snopka i podpalił dom od środka, i się spalił. Tyle się nam ostało co na nas. Mama pierzynę wyrzuciła, to jak szli, wszystko zbierali i palili na kupach, by się nic nie ostało. „

Uroczystość na polach nieistniejącej wsi Rudka rozpoczęła się występem artystycznym dzieci i młodzieży ze Szkoły Podstawowej i Gimnazjum w Nowym Lublińcu. Następnie odbyła się Msza Św. w intencji pomordowanych mieszkańców przez bandy UPA w namiocie pod pomnikiem. Kolejny punkt uroczystości to przemówienia okolicznościowe: Radnego do Sejmiku Wojewódzkiego Andrzeja Nepelskiego, Starosty Powiatu Lubaczowskiego Józefa Michalika, Burmistrza Miasta i Gminy Cieszanów Zdzisława Zadwornego oraz inicjatora postawienia pomnika w Rudce Franciszka Ważnego.

Po przemówieniach delegacje złożyły kwiaty i wieńce pod pomnikiem: Radny Sejmiku Wojewódzkiego Andrzej Nepelski, Starosta Powiatu Lubaczowskiego Józef Michalik, Urząd Miasta i Gminy w Cieszanowie z burmistrzem Zdzisławem Zadwornym na czele, delegacja Urzędu Gminy w Horyńcu-Zdroju z zastępcą Wójta Januszem Wużyńskim na czele, Szkoła Podstawowa i Gimnazjum w Horyńcu Zdroju, Szkoła Podstawowa i Gimnazjum w Nowym Lublińcu, Stowarzyszenie Spadkobierców Polskich Kombatantów II Wojny Światowej okręg Lubaczowski i Roztoczański, Związek Kombatantów i Byłych Więźniów Politycznych Koło Gminne w Horyńcu-Zdroju z prezesem Wiesławem Wojtowiczem na czele, oraz delegacje byłych mieszkańców Rudki.


Relacje z napaści na Rudkę w tekście pochodzą z niepublikowanych wywiadów. Zainteresowanych szczegółami historii wsi Rudka zapraszam do publikacji historyka Tomasza Roga. Więcej fotografii na fb horyniec.info TUTAJ

* * * * * * * * * * * * * * * * *

Podczas uroczystości rozdawana była pocztówka, to pierwsze tego typu wydawnictwo okolicznościowe związane z tego typu uroczystością, nakład limitowany – 200 szt.